Fotografia – ucz się razem ze mną.

Jestem laikiem w kwestii fotografii. Zapewne jeszcze jakiś czas nim zostanę, choć pilnie się uczę. Jak sięgam pamięcią wstecz, zawsze interesowała mnie ta dziedzina i sama się dziwię dlaczego szybciej nie zajęłam się tym ” na poważnie”.

Pierwszy aparat jaki miałam w ręce to radzeicki aparat klasyczny mojego taty – Smiena.

 

 

Miałam 9 lat i ciekawość tego jak powstaje zdjęcie, doprowadziło mnie do zapisania się w szkole na koło fotograficzne. Fantastyczna sprawa. Ciemnia, czerwony filtr, powiększalnik, wywoływacz, utrwalacz… ta radość kiedy widzisz na białym papierze pojawiające się kształty. Kiedy suszysz zdjęcie i w końcu oglądasz je w świetle dziennym! Jak o tym myślę, to tak jakbym cofała się do ery kamienia łupanego, technologia tak poszła do przodu. Kto nie próbował sam wywołać zdjęcia starą metodą – polecam 🙂

 

 

 

W latach 90’tych nastał czas kliszowych, plastikowych pstrykaczy. Jako, że wszytko co z zachodu było SUPER, w każdym domu chyba był ten badziew. Robił okropne zdjęcia. Często naświetlał klisze, zdjęcia były totalnie płaskie i nijakie. Ale kto to się na tym znał. Człowiek się cieszył, że miał pamiątkę z wycieczki klasowej i oszczędzał kliszę jak mógł.

 

 

 

Kiedy po 2000 roku, gdy byłam w liceum, weszły pierwsze aparaty cyfrowe, ja postanowiłam kupić sobie „porządny aparat kliszowy” (czyt. pstrykacz z renomowanej firmy ). Kosztował wtedy sporo pieniędzy, które mogłam zainwestować zdecydowanie inaczej. Było, minęło. Kolega z klasy miał cyfrówkę. Mogłam porównać zdjęcia. Zapragnęłam mieć takie cacko. Na spotkaniach, wyjazdach, wycieczkach byłam głównym fotografem. Na tamten czas nie wiedziałam, że średnio mi to wychodzi, ale lubiłam to i nie przeszkadzało mi, że sama mam niewiele zdjęć.

 

W tamtym czasie powstało jeszcze inne urządzenie, które zaczęło robić zdjęcia – telefon komórkowy. Śmieszne, że wtedy nazywaliśmy to zdjęciami. Koło zdjęcia to nawet nie leżało. Teraz aparat w telefonie ma często lepsze parametry niż standardowa cyfrówka. Niesamowite jak wszystko poszło do przodu.

Zdjęcie z telefonu komórkowego
Zdjęcie z telefonu komórkowego rok 2004

Na studiach kupiłam cyfrówkę, taką wypasioną… nagrywała nawet filmy. Szaleństwo. Wiedza stała w miejscu, więc wszystko robił automat i czasem zmieniało się na tryb nocny, czy zachód słońca. Ot takie z kolei moje szaleństwo 😉

 

Pierwszą lustrzankę cyfrową Canona 400D, kupiłam razem z byłym mężem jako prezent przedślubny. Mieszkaliśmy w Irlandii. Mój ochoczy zapał zgasł, kiedy zaczęłam czytać instrukcję obsługi po angielsku. Fachowe słownictwo związane z opisem aparatu i jego funkcjami wręcz mnie zniechęciło. Pogrzebałam w aparacie trochę sama, coś tam próbowałam, a potem przyszła monotonia życia i był używany sporadycznie na wyjazdy – oczywiście w trybie automatycznym.

I nastał rok 2012, wtedy to zaczęłam się zastanawiać” Dokąd idę i gdzie chcę zajść? Stwierdziłam, że zacznę coś ogarniać. Zapiszę się na kurs i wtedy zobaczymy. Ech… zamiast tego zobaczyłam wielki zakręt w swoim życiu – rozwód, chorobę, zwolnienie z pracy. Pierdu, pierdu… może kiedyś do tego wrócę. Po pół roku ogarnęłam się na tyle, że funkcjonowałam ponownie na tyle ile pozwalał mi dany dzień. Wzięłam aparat do ręki…

 

 

Zaczęłam spotykać się z Tomaszem, a nasz pierwszy wyjazd okazał się ostatnim – bez dzieci. Po raz drugi w ciągu kilku miesięcy życie obróciło się o 180%. Pierdu, pierdu…. może kiedyś do tego wrócę 😉 W czasie kiedy urodziłam pierwsze i trzecie dziecko wiele się nie wydarzyło w kwestii fotografowania. Czasem zdarzyło się pstryknąć coś fajniejszego. I jestem świadoma, że mojej zasługi w tym tyle, ile intuicji i ustawienia wspaniałych modeli.

 

 

Większość zdjęć robiłam jak każdy – telefonem komórkowym.

 

 

 

Przez ten czas mój Canon dostał solidnie po tyłku – kilka razy spadł, dwa razy zalany, przestał łapać ostrość… ogólnie zdjęcia nawet na automacie były kiepskie. Widząc moją frustrację, mój obecny mąż zrobił mi niespodziankę i rok temu na święta dostałam nowego Canona 80D. Turbomaszyna, której na początku się okropnie bałam i kilka dni sobie grzecznie przeleżała w szafce. Może gdyby nie dzieci,  szybciej bym to ogarnęła… ale jak nie dzieci to zawsze coś. Kto tak nie ma? Jest ktoś kto nigdy niczego nie przekładał na później? 🙂 Niech się zgłosi – dostanie ode mnie dyplom uznania 🙂 Na urodziny dostałam kolejny upominek, obiektyw 50 mm. W wakacje śmigałam na nowym sprzęcie.

 

 

Powoli zbliżał się koniec macierzyńskiego. No i pytanie sprzed kilku lat wróciło – co dalej? Postanowiłam zaryzykować. Łatwo nie było, ale ogarnęłam dzieci i poszłam na kurs podstawowy. Kasia wytłumaczyła mi to co powinnam wiedzieć już wieki temu. Po dwóch dniach widać było znaczną różnicę w robionych zdjęciach. Wiem, że szału nie ma, ale jestem na drodze do celu. Codziennie czytam nowe zagadnienia i staram się wcielać je w życie. Moje dzieci uciekają przede mną jak widzą, że biorę aparat 😉

 

Morał z tej opowiastki taki – najpierw wiedza, potem zabawki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close