O depresji słów kilka.

Kiedyś byłam jak inni. Wierzyłam w miłość aż po grób, lubiłam kebaba i bawiło mnie kiedy ktoś mówił „Mam depresję”. O tak! Ktoś leży na kozetce u psychiatry i opowiada jakie to życie niesprawiedliwe. Biedak. Przecież trzeba wziąć się w garść i wszystko się poukłada! Prawda?

To było kiedyś. Teraz jestem kilka lat starsza i parę życiowych sytuacji mądrzejsza. Przynajmniej chciałabym w to wierzyć, że mądrością można to nazwać.

Zajmę się jeszcze kiedyś miłością i kebabem, dzisiaj jednak o depresji słów kilka. Oto moja przemiana ze „śmieszka” w potrzebującą psychiatry osobę…

Pięknie świeciło słońce. Błękitne niebo. Chmurki jak baranki. Temperatura w sam raz – około 25 stopni. Zielona trawa, kwiaty i uśmiechnięci ludzie dookoła. Do idealnego obrazka cudownego dnia brakowało tylko tęczy i jednorożca. Oparłam głowę o szybę w samochodzie. Przygniatało mnie uczucie, że nie umiem cieszyć się tym co widzę.

– Czuję się nieszczęśliwa – powiedziałam nagle, jednak miałam nadzieję, że nie na głos.

– Co? Co ci się dzieje? – usłyszałam w odpowiedzi. Ech… Niestety powiedziałam na głos.

– Nie, nic. Nie wiem. Znaczy, gubię się…

– O co ci kobieto chodzi? Wszystko się dobrze układa. Wychodzimy z finansami na prostą, przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, mamy pracę, świeci słońce… Czego się znowu czepiasz?

– Nie czepiam. Tak tylko palnęłam. Patrz na drogę.

To był dzień kiedy pierwszy raz poczułam, że coś jest nie tak. Z każdym tygodniem było tylko gorzej. Nieświadoma tego co się ze mną dzieje, nic z tym nie robiłam, bo co niby miałam robić? Przecież każdy ma jakieś problemy. Każdy ma czasem pod górkę i trzeba tam dojść a potem będzie łatwiej. Moja górka trwała już kilka dobrych tygodni. Nikt z otoczenia niczego nie zauważył. Nikt nie widział, że stałam się bardziej nerwowa a jednocześnie osowiała, że było mi coraz częściej wszystko jedno. Nie umiałam spać po nocach, ale jeszcze po 2-3h drzemałam. Pomimo zażywanych lekarstw na astmę miałam wrażenie, że słoń siedzi mi na klacie i nie ma zamiaru się stamtąd ruszyć. Dochodziły kolejne „problemiki”. Powiedzmy sobie, że jedne były większe, inne były totalnymi pierdołami, ale dla mnie wydawały się przygniatające, bez możliwości poradzenia sobie z nimi. Nie potrafiłam zajść w ciąże. Leczenie nie pomagało. W pracy sypało się i otrzymałam informację, że za kilka tygodni mam się przygotować na zwolnienie. Zmarł nasz wspólny dobry kolega. Relacje z byłym mężem były ładnie pisząc – nie do zaakceptowania. Wszystko działo się na przestrzeni kilku tygodni. Dzisiaj wiem, że przez to iż wszystkie sytuacje nałożyły się jednocześnie, stało się jak się stało.

Leżę. Chyba cały dzień, ale nie jestem przekonana do końca. Wyświetla mi się w głowie film. On and on, all the time. Chcę go zatrzymać, ale nie umiem. Staram się w nim znaleźć sytuacje, w których mogłam zmienić coś, by tu nie leżeć. Jedyne co znajduję, to potwierdzenie tego jakim nieudacznikiem jestem. Jaka jestem beznadziejna i że lepiej by wszystkim było beze mnie. Płaczę. Cały czas. Uspokajam się na chwilę i płaczę znowu. Nie mam siły wstać. Nie jadłam już chyba dwa dni. Zmuszam się by wstać tylko do toalety. Jednak to z lenistwa, gdyby nie świadomość tego, że musiałabym potem posprzątać, to sikałabym pod siebie. Przyszedł wieczór i zmieniłam miejscówkę z sofy na łóżko w sypialni. Przewracam się z boku na bok. Ten film mnie wykończy. Patrzę na zegarek. Pierwsza w nocy. Druga piętnaście w nocy. Trzecia trzydzieści trzy. Chwilę zastanawiam się czy wyjdą teraz jakieś duchy. Nie wyszły. Oczy szczypią mnie jakbym siedziała pod wiatr na ognisku i dym pruł mi centralnie w twarz. Czwarta. Piątra. Zaczyna świtać. Jestem wykończona, a to dopiero 3 taka noc. Dopiero trzecia, kiedy nie zmrużyłam oka ani sekundy. Z rana przeszłam z sypialni na sofę w salonie. Telefon gdzieś tam dzwonił. W zasadzie nie odbierałam. Jedynie raz rozmawiałam z mamą, która właśnie napierdzielała po drzwiach i mówiła, że mam otworzyć. Przez sekundę wydawało mi się, że słyszę w jej głosie strach, ale chyba tylko mi się zdawało. Mama mówiła: „Dziecko co ci się dzieje? Jak ci mam pomóc? Nie płacz, tylko powiedz coś”. Ja słyszałam „Dziecko co ci się znów dzieje? Z czym znowu problem? Wiecznie coś! Tylko płakać potrafisz!„. Tata zawlekł mnie do auta, mama spakowała parę rzeczy i zabrali mnie do siebie.

Leżę. Chyba kolejny dzień. Pierwszy raz rozumiem co oznacza ból egzystencjalny. Czujesz jakby twoje ciało nie było twoje, masz wrażenie, że wychodzisz z niego i stoisz obok. Czujesz się pusty a mimo to boli cię każdy minimetr ciała. Każda komórka i każda cebulka włosa. Masz światłowstręt. Pomimo, że nie jesz kilka dni, nie czujesz głodu. Chcesz zniknąć. Nie przeszkadzać. Chcesz by ten żałosny stan skończył się jak najszybciej. Nie ważne w jaki sposób, a sposoby wymyśla się mrożące krew w żyłach. Wszystko wydaje się beznadziejne. Nie da się tego inaczej opisać. Jeśli ktoś tego nie przeżył – nie zrozumie.

Czasami mam momenty, że coś dociera do mnie z zewnątrz.

– Nie wiem co mam robić. Leży już tak któryś dzień. Nie chce jeść, tylko płacze – mamie załamał się przez sekundę głos.-  Do psychiatry? No może to jedyne rozwiązanie. Dziękuję. Pa.

Minął długi weekend. W poniedziałek jak na autopilocie poszłam do pracy. Chyba wyglądałam i zachowywałam się jak zoombie, bo moja szefowa po wypowiedzianych przeze mnie dwóch zdaniach, załatwiła mi psychiatrę na następny dzień i kazała iść do domu.

No to jestem. Kozetki nie ma, ale to NFZ, więc nie ma się co dziwić. Kobieta o coś pyta, więc odpowiadam. Ryczę przy tym i wstyd mi jak cholera, że nie umiem się opanować. Chusteczki ma przygotowane, podała mi całą paczkę. Chyba nie ja jedyna tu płaczę. Przepisała mi tabletki do wykupienia w trybie ekspresowym, oraz skierowanie na dzienną trzymiesięczną terapię. Na tamten czas nie do końca wiedziałam o co chodzi i było mi wsio jedno, ale był to czas kiedy wyciągnięto ze mnie wszystkie brudy, które myślałam, że już dawno temu wyprałam. To jednak temat na innego posta.

Tabletki natomiast były czadowe! Te na spanie, trzeba było brać już w łóżku, bo można było nie zdążyć do niego dojść, jeśli wzięło się je wcześniej. Ogólnie przez tydzień leżałam naćpana i spałam. Potem dostałam lżejsze tabletki żebym normalnie funkcjonowała. Zaczęłam jeść. Schudłam do 44 kg, więc miałam co nadrabiać. Zaczęłam wychodzić z rodzicami na zakupy. Poszłam z koleżanką na kawę. Wróciłam do własnego mieszkania i do pracy. Każdy dzień był ciężki. Może komuś wydawać się to śmieszne, ale dla mnie była to walka o przeżycie. W końcu zaczęłam się trochę malować, z czasem ubrałam szpilki. Płakałam wieczorami nadal, ale tylko przez chwilę. Problemy się nie skończyły, wręcz przeciwnie. Mąż nie chciał rozwodu a separację, dostałam wypowiedzenie, terapię miałam zacząć za kilka dni a tu nie mam z czego zapłacić za ratę kredytu, a nowej pracy nie mogę szukać bo zaczynam terapię… Jednak powoli i sukcesywnie starałam się jakoś wszystko rozwiązać. Wiem, że gdyby nie tabletki, nie byłabym w stanie tego zrobić.

Tak jak pisałam, do terapii było jeszcze kilka dni, zatem mój tata zaproponował żebyśmy pojechali na Mazury odwiedzić babcie i resztę rodziny. Przed wyjazdem zadzwonił mąż z informacją, że potrzebuje jakieś dokumenty. Nie widziałam go od kilku dobrych tygodni, kontaktowaliśmy się jedynie mailowo – ponaglałam go aby złożył pozew rozwodowy, skoro to on się wyprowadził i „nie widział dla nas przyszłości”. Bałam się. Bałam, że rozkleję się, padnę do stóp i będę błagać o przebaczenie czynów, które były tak haniebne jego zdaniem. Nic takiego się nie stało. Przyszedł. Oddałam dokumenty. Zapytał gdzie jadę, bo zobaczył stojącą walizkę w salonie. Odpowiedziałam, że to już nie jego sprawa. Obruszył się, że jak to, że chciał być miły i wyszedł. Usiadłam na sofie i chwilę zastanowiłam się nad tym co właśnie się wydarzyło, po czym złapałam za telefon i zadzwoniłam do mamy.

– Mamo czy „on” zawsze był taki niski? – zapytałam, a w odpowiedzi usłyszałam śmiech w słuchawce.

– Tak córciu, zawsze. Widzę, że zaczynasz dochodzić do siebie.

Trzy miesiące. Tyle potrzebowałam by jakoś zacząć funkcjonować i nie bać się być znowu sobą. Trzy miesiące na tabletach, z włączonym filmem pt. „Jesteś beznadziejna” i brakiem chęci do życia. Potem były kolejne trzy miesiące terapii. Oczywiście terapia dzienna powinna być w tym samym czasie co leczenie doraźne, ale to Polska. Nie wymagajmy za dużo 😉

W sumie straciłam pół roku życia ponieważ wcześniej zbagatelizowałam sygnały organizmu, mózgu i wewnętrznego głosu. Nie wierzyłam, że coś takiego jak depresja istnieje. Przecież wystarczy wziąć się w garść, co nie?

Teraz najlepsze. Nie miałam depresji. Lekarze zdiagnozowali u mnie mocną nerwicę z elementami depresji. Mam nadzieję, że właśnie Wam się wiele rzeczy wyklarowało. Przy tym co przechodziłam, to jeszcze nie była depresja! Jeszcze nie!!! Nie chcę wiedzieć zatem jak wygląda zdiagnozowana 100% depresja i mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem.

Kochani szanujmy siebie i innych. Wielu ludzi mówi „Złapałem depresję ostatnio”. Uogólnianie i bagatelizowanie tej choroby jest na porządku dziennym. Wiem, ja też byłam kiedyś po tamtej stronie i „śmieszkowałam”. Wstyd mi z tego powodu. Proszę byście pamiętali, że ludzie którzy są naprawdę chorzy, nigdy nie przyznają się do tego i nie wypowiadają zdań „Mam depresję”. Często ludzie z tą chorobą chodzą i żyją latami, zanim sam chory bądź ktoś z otoczenia zauważy, że coś jest nie tak. Jeśli uda się ich zaciągnąć do lekarza, bo są już w stanie wskazującym, że to nie żarty, to i tak trzeba pilnować by brali lekarstwa, jedli, chcieli żyć. Czasem może być za późno.

Smutno Ci, bo pokłóciłaś się z mężem?

Masakra! Rozbiłeś auto i trzeba za coś je naprawić a na koncie echo?

Masz ochotę się pociąć bo dziecko już 2 raz chore w tym miesiącu?

Teściowa, ta żmija znowu się wpierdziela między Was! A już tak było dobrze!

Żona powiedziała, że mógłbyś zrzucić parę kilo bo łatwiej Cię przeskoczyć niż obejść?

Pojedyncze sytuacje – prawda, smutne, ale nie masz depresji. Masz gorszy dzień, bądź dwa. Shit happens.

Wszystkie sytuacje na raz – czerwona lampka! Duże prawdopodobieństwo, że z czasem może się rozwinąć nerwica i depresja.

Oczywiście mocno upraszczam, by chodź część pojęła, na czym polega różnica między złym humorem a nerwicą i depresją.

Pamiętajcie, że lepiej zapobiegać niż leczyć, a psychiatra też człowiek. Era kiedy psychiatra obsługiwał tylko klientów odzianych w kaftany bezpieczeństwa dawno minęła. 😉 Nauczmy się dbać o swoje zdrowie, nie tylko te fizyczne :*

P.S. Jeśli podejrzewacie u kogoś depresję, nie mówcie mu proszę „Weź się w garść”. Uprzedzam, że choć z pozoru osoby osowiałej i nie mającej chęci do życia, jeśli usłyszałabym to zdanie jeszcze ze dwa razy, to zabiłabym w afekcie autora tych słów.  😉 Chory bez diagnozy i konkretnego leczenia – nie weźmie się w garść!

kodmama, fotokod

10 myśli w temacie “O depresji słów kilka.

  1. No cóż … jesteś piękną, młodą i inteligentną dziewczyną, masz piękne dzieci i pewno też obowiązki wobec nich. Próbowałaś im np. coś zrobić na drutach, uszyć jakieś ubranko, zorganizować jakiś weekend na survival, itd., itp., …?
    Staraj się nie brać tych prochów … na zdrowy spokojny sen w nocy trzeba zapracować uczciwie w ciągu dnia … odśwież mieszkanie … przestaw meble … strywializuję to znanym filmowym powiedzeniem: „rób coś, mów coś, ruszaj się”, bo szkoda życia. Jeszcze będzie pięknie. 

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mój stan opisywany w poście miał miejsce w 2012 roku 🙂 Do tego czasu wiele rzeczy sobie poukładałam. Nie zawsze jest kolorowo, ale obiecałam sobie, że nic a przede wszystkim NIKT nie doprowadzi mnie do takiego stanu ponownie 🙂 Narazie to jest jedyna obietnica złożoną samej sobie, którą udaje mi się dotrzymać 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  2. Miałam dwukrotnie depresję. Raz jako nastolatka i drugi raz depresję poporodową. Nie chcę więcej przez to przechodzić. Mało tego, niewiele pamiętam z czasu choroby. Terapeutka mówi mi że to normalne bo to nie byłam wtedy ja tylko choroba.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Tabletki tez są dla ludzi. Mi pomogły! Jestem stara po menopauzie, to podobno mam prawo mieć obniżone hormony i zawirowania. Teraz tryskam energią, wróciła dawna Basia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zgadza się. Trzeba korzystać z pomocy, kiedyś ludzie nie mieli tylu możliwości powrotu do zdrowia 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. Też tak uważam. Nie chodzi o to, aby bezmyślnie faszerować się lekami, ale czasem są jedynym ratunkiem. To dobrze, że istnieje taka pomoc . I bliski kochany człowiek, co przytuli

        Polubienie

  4. Czasem nie da się „wziąć w garść”. Depresja to choroba, mózg fizycznie działa nie tak, jak powinien. Dobrze, że miałaś wsparcie i poradziłaś sobie w trudnym okresie.
    Zgadzam się całkowicie co do tego, że teraz każdy ma „depresję”. Jak byłam mała, na taki nastrój mówiło się chandra, a depresja była zarezerwowana dla tej prawdziwej. Tej, której nie życzę najgorszemu wrogowi.

    Trzymaj się ciepło, dzielna kobieto 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Szkoda, że słowo chandra „wyszło z mody”. rzeczywiście pasowałoby o wiele lepiej. Też cieszę się, że nie byłam sama 🙂 Mam nadzieję, że inni też mają na kogo liczyć 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  5. Bardzo szczery, przejmujący wpis. Piękne zdjęcia. Przy tym drugim się uśmiecham. Wrażliwi ludzie tworzą piękne, subtelne rzeczy, ale ich natura nie ma się dobrze wśród grubo ciosanych ludzi …

    Polubione przez 1 osoba

    1. … tak trochę szkoda, że nie można mieć serca na dłoniach dla każdego, ale z roku na rok idzie mi coraz lepiej 🙂 Dziękuję za piękny komentarz 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close