Cichy zabójca…

Co roku o tej porze będę wracać do jednego z moich postów:

To będzie długi i trudny wpis. Chciałam go napisać właśnie teraz, kiedy lato odchodzi a zbliża się chłód jesieni. To już cztery lata…

Każdy ma „najgorszy dzień w swoim życiu”… Oto mój.

Był październik. Zrobiło się chłodno z dnia na dzień. Ola miała prawie dwa lata, Kajeczka dopiero 4 miesiące. Wstałam rano z potwornym bólem głowy. Po kilku minutach zaczęłam wymiotować a Ola zaraz po mnie. Najpierw zastanawiałam się, co jedliśmy dzień wcześniej, ale mąż powiedział, że czuje się dobrze i poszedł na dół. Kaja po karmieniu sobie grzecznie leżała w łóżeczku, nic jej nie było, więc pomyślałam, że to jakiś wirus. Zadzwoniłam do przychodni dzieci: „Niestety nie ma na dzisiaj już miejsc” – usłyszałam. „No trudno” pomyślałam „Pojedziemy wieczorem na dyżur, jeśli nam nie przejdzie”. Wymiotowałam coraz mocniej, a przy tym tak łupało mnie w głowie jakby ktoś wbijał mi gwoździe. Po godzinie drzemania, obudziła mnie wymiotująca Kaja. Przestraszyłam się, bo z minuty na minutę było coraz gorzej. Malutka traciła przytomność.

Zawołałam Tomka. Przyszedł do góry i powiedział, że chyba też go „złapało” bo słabo się czuje. Kiedy dziewczyny jednocześnie zaczęły się dusić, zawołał żebym zadzwoniła na pogotowie. Sam złapał Kaję i zbiegł na dół. Czułam jak robi mi się gorąco, jak zaczyna ogarniać mnie panika! Tak bardzo bolała mnie głowa, żołądek podchodził mi do gardła. Trzęsły mi się ręce i nogi, nie miałam siły wstać z łóżka. Wzięłam telefon i…. nie wiedziałam jaki jest numer na pogotowie! Starałam się skupić i przypomnieć sobie, ale nic! Wiedziałam, że 9! A co dalej? Totalna pustka w głowie, jakby ktoś odciął mi logiczne myślenie i pamięć.

Nagle słyszę jak mąż spada ze schodów. „Przecież miał Kaję na rękach!!!” Spanikowana pobiegłam do niego. Zemdlał, całe szczęście w nieszczęściu –  Kaję położył na sofie, a przytomność stracił jak szedł do góry z powrotem. Zanim zdążyłam do niego dojść, ocknął się, wstał, zaczął się ubierać i biegać jak nakręcony, bez składu i ładu, wyglądał jakby sam nie wiedział co robi. Wyszedł na ganek i nagle przewrócił się i uderzył głową o szafkę. Leżąc na podłodze dostał drgawek. Widziałam jak leje mu się krew z nosa. Trzymając Kaję na rękach, ugięły mi się nogi, zaczęłam wymiotować i dusić się jeszcze bardziej. Zdałam sobie sprawę, że nie czuje palców u rąk i musiałam spojrzeć, żeby mieć pewność czy dalej trzymam moje dziecko na rękach. Byłam totalnie otumaniona, nie wiedziałam co się dzieje a co gorsza, nie wiedziałam co mam robić dalej. Wszystko tak szybko się działo!!!! Już podnosiłam się i szłam do męża, żeby mu pomóc, kiedy nagle usłyszałam, że Ola na górze znowu wymiotuje. Razem z Kają pobiegłam ją ratować, żeby nie zadławiła się wymiocinami, zostawiając męża z drgawkami, rzucającego się po podłodze. Złapałam Olę a ta wywróciła gałki oczne do góry i zastygła. W tym samym momencie Kaja przestała się ruszać.

Czułam zmęczenie i ból. Nigdy nie czułam się aż tak zmęczona. Chciałam położyć się i już odpocząć… Zasnąć. Już miałam dość…

Spojrzałam na dziewczynki i w tym momencie wystrzeliła adrenalina! Przestałam myśleć jak bardzo mnie boli i starałam się cucić córki. Nagle ni stąd ni zowąd, wpadł do pokoju Tomek, złapał Kaję, krzyknął, że jedziemy sami na pogotowie. „Jak ty chcesz prowadzić auto? W takim stanie? A jak zemdlejesz po drodze?” zapytałam, jednak chwyciłam nieprzytomną Olę i starałam się zejść na dół. Kręciło mi się w głowie, chwiałam się na nogach a malutka ważyła chyba tonę.

Tomek jakby ozdrowiał. Oprócz krwi na twarzy, widziałam, że mu lepiej, że wie co robić. Kaja już była w aucie, bez kurtki, butów, bez fotelika (były w moim aucie) rzucona na tylną kanapę, wyrwał mi Olę, wrzucił ją obok Kai. Ja w piżamie, bez majtek i skarpetek a na dworze jakieś 12C. Złapałam w ostatniej chwili torebkę z dokumentami i wsiadłam do auta. Tomek ruszył z piskiem opon, wyglądał zdecydowanie lepiej niż my. Nie wiedziałam co się stało, ale w takiej chwili nie było to ważne. Ważne były dzieci, które nie dawały oznak życia.

Moja Kaja! Moja malutka czteromiesięczna Kaja! Wyglądała jakby spała, ale ja wiedziałam, że tak nie jest, że walczy w tym momencie o życie. Moja Olusia! Mój blond włosy aniołek nie oddychał!!! Cuciłam raz jedną, raz drugą. Kaja po minucie się ocknęła, jakby włączył jej ktoś baterie. Zaczęła machać rączkami i gaworzyć. Wzięłam Olę na ręce, płacząc i prosząc ją, by otworzyła oczy. Dalej nie umiałam wyczuć czy oddycha. Robiłam sztuczne oddychanie… oddychała ale słabo!!! Wołałam ją cały czas, wrzeszcząc na tych wszystkich idiotów dookoła, którzy tak wolno jechali!!! Jakby się uparli!!! „Czemu teraz tak wolno jadą?!” Widziałam jak mała odchodzi i nie wiedziałam co jeszcze mogę zrobić. Czułam się tak bezradna jak nigdy dotąd. Nic, ale to NIC nie ma gorszego na świecie niż twoja własna bezradność, kiedy umiera ci dziecko na rękach…..

Kaja na zakrętach latała po całym siedzeniu. Starałam się trzymać ją nogą, żeby nie spadła na podłogę a Olę dalej ściskałam w objęciach. Na klaksonie jechaliśmy całą drogę. Jeden cwaniak zablokował nam drogę i wyszedł z auta. Nie wiem co myślał, chyba, że tak sobie „titamy” dla zabawy. Kiedy podszedł już dostatecznie blisko zaczęłam wrzeszczeć jak szalona, że ma spierdalać z drogi, bo go zabiję!!! Chłop w sekundzie zrozumiał co się dzieje i migiem zjechał. Moja nienawiść do niego w tamtym momencie i teraz po 4 latach jest taka sama. Niepotrzebnie odbierał drogocenne sekundy życia mojemu dziecku. Ola nadal na nic nie reagowała. Pod samym pogotowiem z braku siły i innego pomysłu, uderzyłam ją w twarz… Mocno. Bardzo mocno. Otworzyła oczy! Wzięła głęboki wdech i zaczęła płakać…

Personel pogotowia zaalarmowany klaksonem, wybiegł i zaczął wyciągać nas z auta. Kiedy zobaczyłam, że obie moje dziewczynki są u pielęgniarek na rękach i płaczą – mają siłę płakać (!!!) – sama prawie zemdlałam. Wiedziałam, że już teraz się ktoś nimi zajmie, więc adrenalina, która jakoś mnie trzymała na nogach, opadła w sekundzie. Nie byłam w stanie wstać z kozetki. Mąż tłumaczył, co się z nami działo, i że nie wiemy o co chodzi. Na pogotowiu wiedzieli od razu – zatrucie tlenkiem węgla. Nie do końca rozumiałam o czym mówią, bo przecież mamy dobry piec. Włączył by się czujnik jakby było coś nie tak… Prawda? Przecież ma taką funkcję!?

Dzieci zostały zabrane na oddział dziecięcy. My zostaliśmy na SOR, popodpinani do tlenu i pokłuci od igieł. Byłam fioletowa z zimna, miałam dreszcze, a głowę miało mi rozsadzić. Przyszły wyniki – nie były najlepsze. Jak najszybciej musieliśmy wylądować w komorze hiperbarycznej. Mąż powiedział, że on już dobrze się czuje, więc zadzwonił po straż pożarną i jechał sprawdzić co dzieje się w domu.

Przez 5h nie mogłam zobaczyć się z dziećmi. Co chwilę ktoś nowy przychodził mnie badać, patrzył na wyniki i kiwał głową. Rentgen płuc, kilka razy pobierana krew a oni dalej kiwali tylko głowami.Komora hiperbaryczna najbliżej jest w Siemianowicach i Sosnowcu – ale dzieci musiałyby jechać same do Siemianowic, a ja sama do Sosnowca. Powiedziałam, że nie ma takiej opcji! „Jak już będę mogła zobaczyć dzieci, to ich nie zostawię!!! Ani na sekundę! Niech one jadą do komory, ja nie muszę… bez nich nigdzie nie jadę… ” mówiłam z łzami w oczach. Pielęgniarki próbowały wytłumaczyć, że muszę, że wyniki są kiepskie, że dla dzieci muszę być zdrowa. Na tamten czas jedyne o czym marzyłam to móc je zobaczyć. „Przecież są takie malutkie, same tam na oddziale, też pewno pokłute, nie wiedzą co się dzieje” o niczym innym nie mogłam myśleć. Ja nie byłam ważna.W końcu przyszedł ordynator z oddziału dziecięcego. Powiedział, że udało im się wszystko pozałatwiać – jedziemy do szpitala we Wrocławiu, gdzie będę w komorze hiperbarycznej razem z dziećmi. To była dobra wiadomość, zła była taka, że jedziemy na dwie karetki, bo takie są przepisy, i że Ola musi jechać w karetce sama, bo ja muszę jechać z Kają. Z rozdartym sercem zgodziłam się. Pozwolono mi iść do dzieci. Kiedy zobaczyłam wenflony w tych małych rączkach, poryczałam się od razu. Jednak widziałam, że dziewczynki są, że oddychają, że reagują…

Nie umiałam dojść do siebie. Starałam się ogarnąć, bo Ola płakała razem ze mną, nie wiedziała, że za chwilę znowu zostanie na kilka godzin sama. Kiedy zauważyła, że wsadzają ją do innej karetki niż mnie, tak bardzo krzyczała… A ja płakałam dalej.Dotarliśmy do Wrocławia koło 22. Czułam się lepiej, ale byłam wykończona. Komora średnio przyjemna, bo zwiększanie i zmniejszanie ciśnienia do najprzyjemniejszych nie należy. Olusi pan puścił Krecika, Kajeczka już pod koniec marudziła, ale daliśmy radę. Później przewieziono nas do szpitala dziecięcego. Kiedy o godzinie 2 w nocy miałyśmy każda swoje łóżko, byłam taka szczęśliwa. Spać jednak nie potrafiłam. Wracały obrazy twarzy dziewczynek, takie szare, bez oddechu, bez życia…  Zasnęłam.Rano zaczęły się telefony, rozmowy, zdania typu: „To cud, że żyjecie”, „To dzięki Bogu żyjecie”. Nie komentowałam. Kiwałam tylko głową, a sama starałam sobie poukładać w głowie, co się właściwie stało. Jak Tomek, którego zostawiłam na podłodze z drgawkami, po kilku minutach wpadł na górę taki „żywy”, jakby nic się przed chwilą z nim nie działo?? Leżałam kolejną noc i myślałam. Zaczęło już świtać, gdy nagle wpadłam na to!!! Szklane drzwi!!!! To wszystko dzięki szklanym drzwiom na ganku!!!!Gdy zaczyna robić się zimno, zamykamy dodatkowe drzwi, żeby nie wiało chłodem, kiedy otwiera się drzwi wejściowe. Dzień wcześniej przed uruchomieniem felernego pieca, Tomek zamknął drzwi, dzięki czemu, kiedy zemdlał na ganku oddychał tylko powietrzem, bo tlenek węgla nie mógł się tam przedostać, a przynajmniej nie w takiej ilości w jakiej był wszędzie w domu. Mógł oddychać, przez co otrzeźwiał, poczuł się lepiej i zaczął racjonalnie myśleć… Czego nie potrafiłam zrobić ja. Biję się w pierś do tej pory, że nie potrafiłam przypomnieć sobie numeru na pogotowie! Biję się w pierś, że nie wpadłam na to, żeby otworzyć okno! Biję się w pierś, że przez początkowe myślenie, że to wirus mogliśmy wszyscy umrzeć! To nie żaden cud, że żyjemy!!! To szklane drzwi…

Czemu Wam to opowiadam?

Na pewno nie po to by słuchać, że mieliśmy szczęście, że biedna jestem, że tyle przeszłam w życiu.

Nie.

Chcę Was przestrzec. Zaczyna się okres grzewczy. Proszę… PROSZĘ WAS – sprawdźcie wszystkie instalacje, piece i baterie w czujnikach. Zajmie Wam to pół godziny. Jeśli nie macie czujnika – kupcie! To kwestia 100 zł, a może uratować życie!

Nas sprzęt zawiódł… Miał być taki „amerykański”. Kiedy przyszedł serwis, okazało się, że mieliśmy podwójnego pecha. Piec włączył się w nocy bo spadła temperatura a do tego strasznie wiało. Przez to, że komin i instalacja nie została poprawnie wykonana, wiatr zdmuchnął płomień w piecu (ponoć jakiś ciąg wsteczny czy coś), a piec się nie wyłączył, ponieważ kable, które za tę funkcję odpowiadały były przepalone. Piec dalej chodził bez płomienia. W drzwiach od kotłowni mieliśmy zamontowane wywietrzniki (tak jak do drzwi łazienkowych) i gaz wychodził przez nie na cały dom. Kilka niefortunnych zdarzeń na raz, kilka nieświadomych niedopatrzeń i było o włos od tragedii.

PROSZĘ, ZADBAJCIE O SWOJE ŻYCIE.

Piec wymieniliśmy. Jest jakiś hiper, super, że nawet jak coś, to gaz wychodzi na zewnątrz. Ma alarmy, czujniki i machające chorągiewki. Dodatkowo od czterech lat mamy czujnik, nie na baterie a taki do gniazdka w prądzie, żeby wył zawsze i wszędzie. Wywietrzniki w drzwiach są zaklejone, a drzwi pilnowane i zamykane. Dodatkowo jest wykuta wentylacja bezpośrednio w ścianie na dwór. Numer do straży pożarnej, na pogotowie i policję mam wpisane w książce telefonicznej w telefonie. Od tamtej pory wiem, że są różne sytuacje, kiedy pamięć nas zawodzi.

I jeszcze jedno – jeśli ktoś jedzie autem i wali klaksonem jak szalony, niekoniecznie musi to być wariat, a człowiek próbujący ratować czyjeś życie. Może w tym właśnie aucie toczy się największa tragedia z możliwych i zamisat cwaniakować czy „pluć pod brodą” – przepuść „wariata”. Niech sobie jedzie, ok?

Zrobiło się ostatnio chłodno i mąż zamknął szklane drzwi… Nie umiem spać. Gdzieś to dalej we mnie siedzi. Ten strach. Cały czas uśpiony strach. Niestety każdy ma swoje demony, z którymi walczy.

P.S. Tydzień po zatruciu tlenkiem węgla, rentgenie płuc oraz komorze hiperbarycznej, dowiedziałam się, że jestem w 2 miesiącu ciąży. Dalszą część historii już znacie – ma na imię Dawid.

Ciepłej jesieni i zimy – dbajcie o siebie i bliskich :*

Z pozdrowieniami  – kodMAMA i szarńcza :* :*

10 myśli w temacie “Cichy zabójca…

  1. Łoooo, co za historia. Straszna, ale dobrze że wszystko dobrze się skończyło. Współczuję jednak takich przeżyć.
    Mamy czujnik i raz się u nas załączył więc wiemy jakie to ważne. Ale baterie sprawdzę…
    Bezpiecznej jesieni i zimy

    Polubione przez 1 osoba

    1. Sprawdź, sprawdź – czasami rzeczy oczywiste wcale takie nie są :*

      Polubienie

  2. Czytałam z wypiekami na twarzy i bijącym sercem. Mieliście naprawdę bardzo dużo szczęścia!
    Jak byłam w ciąży i leżałam w szpitalu, trafiła do nas dziewczyna w ciąży właśnie podtruta tlenkiem węgla w pracy. Pamiętam jak bała się o swoją ciążę.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Ja jak wspominam tamte chwile nadal cisną mi się łzy do oczu…
    Mój ginekolog aż pobladł kiedy usłyszał, że mam dwie kreski na teście a chwilę wcześniej miałam takie przeżycia. Jednak Dawidek urodził się, cały, zdrowy i jest najfajniejszym facetem na świecie 🙂
    Pozdrawiam :*

    Polubienie

  4. Już czytałam zeszłoroczny wpis, ale bardzo dobrze, że powtarzasz go, jak zbliżają się niższe temperatury. To bardzo ważne, żeby dbać o bezpieczeństwo swoje i bliskich, a piece potrafią być podstępne.
    Całe szczęście, że u Was wszystko dobrze się skończyło.

    Polubienie

  5. Też czytałem to wcześniej, ale emocje takie same. Masz rację … warto przypominać.

    Polubienie

  6. Jejaaa, niesamowite szczescie w ogromnym pechu (o ile mozna to tak nazwac). Brawo dla Taty i wielki przytulas dla Mamy, ktora nie wiem jak przetrwala ze swiadomoscia, ze jej dzieciakom gdzies obok dzieje sie krzywda. To musialo byc strasze :(!

    Polubienie

  7. Ojej istny horror. Dobrze się kończy. Zadbam. Dziękuję

    Polubienie

  8. Na czasie. CO to faktycznie cichy zabójca. O tym, że bezwonny świadczy fakt że dopiero aparatura na to wskazała.

    Polubione przez 1 osoba

  9. Dobrze, że o tym napisałaś bo czasami zapominamy o podstawowych rzeczach. Dobrze, że taki był finał.
    Pozdrawiam
    Piotr Opolski

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close