Szklane drzwi.

To będzie długi i trudny wpis. Czekałam na niego od momentu założenia bloga. Chciałam go napisać właśnie teraz, kiedy lato odchodzi a zbliża się chłód jesieni. To już trzy lata, a łzy same cisną mi się do oczu, jak tylko o tym pomyślę. Każdy ma „najgorszy dzień w swoim życiu”… Oto mój.

Był październik. Zrobiło się chłodno z dnia na dzień. Ola miała prawie dwa lata, Kajeczka dopiero 4 miesiące. Wstałam rano z bólem głowy. Ola zaczęła wymiotować a po chwili ja też. Najpierw zastanawiałam się, co jedliśmy dzień wcześniej, ale mąż powiedział, że czuje się dobrze i poszedł na dół. Kaja po karmieniu sobie grzecznie leżała w łóżeczku, nic jej nie było, więc pomyślałam, że to jakiś wirus. Zadzwoniłam do przychodni dzieci: „Niestety nie ma na dzisiaj już miejsc” – usłyszałam. „No trudno” pomyślałam „Pojedziemy wieczorem na dyżur, jeśli nam nie przejdzie”. Wymiotowałam coraz mocniej, a przy tym tak łupało mnie w głowie jakby ktoś wbijał mi gwoździe. Po godzinie drzemania, obudziła mnie wymiotująca Kaja. Przestraszyłam się, bo z minuty na minutę było coraz gorzej. Zawołałam Tomka. Przyszedł do góry i powiedział, że chyba też go „złapało” bo słabo się czuje. Kiedy dziewczyny jednocześnie zaczęły się dusić, zawołał żebym zadzwoniła na pogotowie. Sam złapał Kaję i zbiegł na dół. Wzięłam telefon… Czułam jak robi mi się gorąco, jak zaczyna ogarniać mnie panika! Tak bardzo mnie bolała głowa, żołądek podchodził mi do gardła. Trzęsły mi się ręce, nie miałam siły wstać z łóżka… A do tego nie wiedziałam jaki jest numer na pogotowie! Starałam się skupić i sobie przypomnieć… Wiedziałam, że 9! Ale co dalej? Nagle słyszę jak Tomek spada ze schodów. Przecież miał Kaję na rękach!!! Spanikowana pobiegłam do niego. Zemdlał, ale całe szczęście w nieszczęściu –  Kaję położył na sofie, a przytomność stracił jak szedł do góry z powrotem. Ocknął się chwilę potem, wstał, zaczął się ubierać i biegać, wyszedł na ganek i nagle znowu się przewrócił i uderzył głową o szafkę. Leżąc na podłodze dostał drgawek. Widziałam jak leje się mu krew z nosa. Nogi mi się ugięły, zaczęłam wymiotować i dusić się jeszcze bardziej. Zdałam sobie sprawę, że nie czuje palców u rąk kiedy złapałam Kaję, bo prawie sturlała się z sofy. Byłam totalnie otumaniona, nie wiedziałam co się dzieje… Nie wiedziałam co mam robić dalej. Wszystko tak szybko się działo!!!! Nagle usłyszałam, że Ola na górze znowu wymiotuje. Razem z Kają na rękach pobiegłam ją ratować, żeby się nie zadławiła wymiocinami, zostawiając męża z drgawkami, rzucającego się po podłodze. Złapałam Olę… Powoli odpływała. Nie chciała otworzyć oczu a Kaja w tym samym momencie przestała się ruszać. Zaczęłam opadać z sił… Chciałam położyć się i już odpocząć… Już miałam dość… Spojrzałam na dziewczynki i wystrzeliła adrenalina! Przestałam myśleć jak bardzo mnie boli i starałam się cucić córki. Nagle ni stąd ni zowąd, wpadł do pokoju Tomek z roztrzaskanym nosem, złapał Kaję, krzyknął, że jedziemy sami na pogotowie… „Jak ty chcesz prowadzić auto? W takim stanie? A jak zemdlejesz po drodze?” zapytałam, jednak chwyciłam nieprzytomną Olę i starałam się zejść na dół. Malutka ważyła chyba tonę a ja chwiałam się na nogach. Tomek jakby ozdrowiał, Kaja już była w aucie, bez kurtki, butów, bez fotelika (były w moim aucie) rzucona na tylną kanapę, wyrwał mi Olę, wrzucił ją obok Kai. Ja w piżamie, bez majtek i skarpetek a na dworze jakieś 12C. Złapałam w ostatniej chwili torebkę z dokumentami i wsiadłam do auta. Tomek ruszył z piskiem opon, wyglądał lepiej niż my. Nie wiedziałam co się stało…. ale w takiej chwili to było nieważne. Ważne były dzieci, które nie dawały oznak życia. Moja Kaja! Moja malutka czteromiesięczna Kaja! Wyglądała jakby spała, ale ja wiedziałam, że tak nie jest, że walczy w tym momencie o życie. Moja Olusia! Mój blond włosy aniołek nie oddychał!!! Cuciłam raz jedną, raz drugą. Kaja po minucie się ocknęła, jakby włączył jej ktoś baterie. Zaczęła machać rączkami i gaworzyć. Wzięłam Olę na ręce, płacząc i prosząc ją, by otworzyła oczy. Dalej nie umiałam wyczuć czy oddycha. Robiłam sztuczne oddychanie… oddychała ale słabo!!! Wołałam ją cały czas, wrzeszcząc na tych wszystkich idiotów dookoła, którzy tak wolno jechali!!! Jakby się uparli!!! „Czemu teraz tak wolno jadą?!” Widziałam jak mała odchodzi i nie wiedziałam co jeszcze mogę zrobić. Czułam się tak bezradna jak nigdy dotąd. Nic, ale to NIC nie ma gorszego na świecie niż twoja własna bezradność, kiedy umiera ci dziecko na rękach…..

Kaja na zakrętach latała po całym siedzeniu… trzymałam ją nogą, żeby nie spadła na podłogę. Na klaksonie jechaliśmy całą drogę. Jeden cwaniak zablokował nam drogę i wyszedł z auta… Nie wiem co myślał, chyba, że tak sobie „titamy” dla zabawy. Kiedy podszedł już dostatecznie blisko zaczęłam wrzeszczeć jak szalona, że ma spierdalać z drogi, bo go zabiję!!! Chłop w sekundzie zrozumiał co się dzieje i migiem zjechał. Moja nienawiść do niego w tamtym momencie i teraz po 3 latach jest taka sama. Ola nadal nie reagowała na nic. Pod samym pogotowiem z braku siły i innego pomysłu, uderzyłam Olę w twarz… Mocno… Bardzo mocno… Otworzyła oczy! Wzięła głęboki wdech i zaczęła płakać…

Ludzie z pogotowia zaalarmowani klaksonem, wybiegli i zaczęli wyciągać nas z auta. Kiedy zobaczyłam, że obie moje dziewczynki są u pielęgniarek na rękach i płaczą… Mają siłę płakać (!!!), sama opadłam z sił. Wiedziałam, że już teraz się ktoś nimi zajmie, więc adrenalina, która mnie jakoś trzymała na nogach, opadła w sekundzie. Nie byłam w stanie wstać z kozetki. Mąż tłumaczył, co się z nami działo, i że nie wiemy o co chodzi. Na pogotowiu wiedzieli od razu – zatrucie tlenkiem węgla. Nie do końca rozumiałam o czym mówią, bo przecież mamy dobry piec. Włączył by się czujnik jakby coś było nie tak… Prawda? Przecież ma taką funkcję!?

Dzieci zostały zabrane na oddział dziecięcy. My zostaliśmy na SOR, popodpinani do tlenu i pokłuci od igieł. Byłam fioletowa z zimna, miałam dreszcze, a głowę miało mi rozsadzić. Przyszły wyniki – nie były najlepsze. Jak najszybciej musieliśmy wylądować w komorze hiperbarycznej. Mąż powiedział, że on już dobrze się czuje, bo następnego dnia miał ważny wyjazd za granicę, więc zadzwonił po straż pożarną i jechał sprawdzić co dzieje się w domu.

Przez 5h nie mogłam zobaczyć się z dziećmi. Co chwilę ktoś nowy przychodził mnie badać, patrzył na wyniki i kiwał głową. Rentgen płuc, kilka razy pobierana krew a oni dalej kiwali tylko głowami.

Komora hiperbaryczna najbliżej jest w Siemianowicach i Sosnowcu – ale dzieci musiałyby jechać same do Siemianowic, a ja sama do Sosnowca. Powiedziałam, że nie ma takiej opcji! „Jak już będę mogła zobaczyć dzieci, to ich nie zostawię!!! Ani na sekundę! Niech one jadą do komory, ja nie muszę… bez nich nigdzie nie jadę… ” mówiłam z łzami w oczach. Pielęgniarki próbowały wytłumaczyć, że muszę, że wyniki są kiepskie, że dla dzieci muszę być zdrowa. Na tamten czas jedyne o czym marzyłam to móc je zobaczyć… „Przecież są takie malutkie, same tam na oddziale… też pewno pokłute, nie wiedzą co się dzieje” o niczym innym nie mogłam myśleć. Ja nie byłam ważna.

W końcu przyszedł ordynator z oddziału dziecięcego. Powiedział, że udało im się wszystko pozałatwiać – jedziemy do szpitala we Wrocławiu, gdzie będę w komorze hiperbarycznej razem z dziećmi. To była dobra wiadomość, zła była taka, że jedziemy na dwie karetki, bo takie są przepisy, i że Ola musi jechać w karetce sama, bo ja muszę jechać z Kają. Zgodziłam się. Pozwolono mi iść do dzieci. Kiedy zobaczyłam wenflony w tych małych rączkach, kiedy widziałam, że są…że oddychają, że reagują, zaczęłam tak bardzo płakać… Nie umiałam dojść do siebie. Starałam się ogarnąć, bo Ola płakała razem ze mną, nie wiedziała, że za chwilę znowu zostanie na kilka godzin sama. Kiedy zauważyła, że wsadzają ją do innej karetki niż mnie, tak bardzo krzyczała…

Dotarliśmy do Wrocławia koło 22. Czułam się lepiej, ale byłam wykończona. Komora średnio przyjemna, bo zwiększanie i zmniejszanie ciśnienia do najprzyjemniejszych nie należy. Olusi pan puścił Krecika, Kajeczka już pod koniec marudziła, ale daliśmy radę. Później przewieziono nas do szpitala dziecięcego. Kiedy o godzinie 2 w nocy miałyśmy każda swoje łóżko, byłam taka szczęśliwa. Spać jednak nie potrafiłam. Wracały obrazy twarzy dziewczynek… takie szare… bez oddechu… bez życia…  Zasnęłam.

Rano zaczęły się telefony, rozmowy, zdania typu: „To cud, że żyjecie”, „To dzięki Bogu żyjecie”, „Pan miał was w swojej opiece”… Nie komentowałam. Kiwałam tylko głową, a sama starałam sobie poukładać w głowie, co się właściwie stało. Jak Tomek, którego zostawiłam na podłodze z drgawkami, po 5 minutach wpadł na górę taki „żywy”, jakby nic się przed chwilą z nim nie działo????? Leżałam kolejną noc i myślałam… Zaczęło już świtać, gdy nagle wpadłam na to!!! Szklane drzwi!!!! To wszystko dzięki szklanym drzwiom na ganku!!!!

Gdy zaczyna się robić zimno, zamykamy dodatkowe drzwi, żeby nie wiało chłodem, kiedy otwiera się drzwi wejściowe. Dzień wcześniej przed uruchomieniem felernego pieca, Tomek zamknął drzwi, dzięki czemu, kiedy zemdlał na ganku oddychał tylko powietrzem, bo tlenek węgla nie mógł się tam przedostać, a przynajmniej nie w takiej ilości w jakiej był wszędzie w domu. Mógł oddychać, przez co otrzeźwiał, poczuł się lepiej i zaczął racjonalnie myśleć… Czego nie potrafiłam zrobić ja. Biję się w pierś do tej pory, że nie potrafiłam przypomnieć sobie numeru na pogotowie! Biję się w pierś, że nie wpadłam na to, żeby otworzyć okno! Biję się w pierś, że przez początkowe myślenie, że to wirus mogliśmy wszyscy umrzeć! To nie żaden cud, że żyjemy!!! To szklane drzwi…

Czemu Wam to opowiadam? Na pewno nie po to by słuchać, że mieliśmy szczęście, że biedna jestem, że tyle przeszłam w życiu. Nie.

Chcę Was przestrzec. Zaczyna się okres grzewczy. Proszę… PROSZĘ WAS – sprawdźcie wszystkie instalacje, piece i baterie w czujnikach. To zajmie Wam pół godziny. Jeśli nie macie czujnika – kupcie! To kwestia 100 zł, a może uratować życie! Nas sprzęt zawiódł… Miał być taki „amerykański”. Kiedy przyszedł serwis, okazało się, że mieliśmy pecha nad pechami… Piec włączył się w nocy bo spadła temperatura. Strasznie wiało. Przez to, że komin i instalacja nie została poprawnie wykonana, wiatr zdmuchnął płomień w piecu (ponoć jakiś ciąg wsteczny czy coś), a piec się nie wyłączył, ponieważ kable, które za tę funkcję odpowiadały były przepalone. Piec dalej chodził bez płomienia. W drzwiach od kotłowni mieliśmy zamontowane wywietrzniki (tak jak do drzwi łazienkowych) i gaz wychodził przez nie na cały dom. Kilka zdarzeń na raz, kilka nieświadomych niedopatrzeń i było o włos od tragedii.

PROSZĘ, ZADBAJCIE O SWOJE ŻYCIE.

Piec wymieniliśmy dopiero w tym roku. Jest jakiś hiper, super, że nawet jak coś, to gaz wychodzi na zewnątrz. Ma alarmy, czujniki i machające chorągiewki. Dodatkowo od trzech lat mamy czujnik, nie na baterie a do gniazdka w prądzie, żeby wył zawsze i wszędzie. Wywietrzniki w drzwiach są zaklejone, a drzwi pilnowane i zamykane. Dodatkowo jest wykuta wentylacja bezpośrednio w ścianie na dwór. Numer do straży pożarnej, na pogotowie i policję mam wpisane w książce telefonicznej w telefonie. Od tamtej pory wiem, że są różne sytuacje, kiedy pamięć nas zawodzi.

Zrobiło się ostatnio chłodno i mąż zamknął szklane drzwi… Nie umiem spać. Gdzieś to dalej we mnie siedzi…Ten strach… Cały czas uśpiony strach. Niestety każdy ma swoje demony z którymi walczy.

P.S. Tydzień po zatruciu tlenkiem węgla, rentgenie płuc oraz komorze hiperbarycznej, dowiedziałam się, że jestem w 2 miesiącu ciąży. Dalszą część historii już znacie – nazywa się Dawid.

 

17 myśli w temacie “Szklane drzwi.

  1. Nigdy nie wiadomo co napisać, gdy się takie rzeczy czyta. To, że mieliście szczęście i jakaś opatrzność nad Wami czuwała to jedno, ale ten skok adrenaliny z Twojej i męża strony, ta walka o życie Waszych dzieci tak bardzo mnie poruszyła, że będę myślała o Was przez bardzo długi czas. Jeśli w grę wchodzi ludzkie życie, jeśli w grę wchodzi życie naszych dzieci, to wiem, że rodzic zrobi WSZYSTKO (nawet za cenę własnego życia), żeby je ocalić. Ze swojej strony napiszę tylko, że jest mi ogromnie przykro, że musieliście przez to przejść, wiem, że wspomnienia o tym jeszcze przez bardzo długi czas będą Cię bolały. Czułam zresztą Twój ból, czytając ten wpis i emocje, które Tobie towarzyszyły. Dziękuję, że się z nami tym podzieliłaś, a Twoja reakcja na gościa z samochodu, który wyszedł, jest całkowicie normalna, zrobiłabym to samo! Ściskam Cię najmocniej, jak tylko potrafię i jestem z Tobą myślami!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Nie jest łatwo pisać o złych doświadczeniach. Komentować takie wpisy również jest ciężko, tak jak wspomniałaś. Jednak dzięki temu, że piszemy o tym, trochę „oczyszczamy” się ze złych wspomnień, a przede wszystkim staramy się pomóc innym – aby nie popełniali tych samych błędów.
      Dziękuję Ci za każde słowo – również ściskam mocno :*

      Polubienie

  2. Mocne! Płakałam od drugiego akapitu… Jako matka i żona nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji! Nie należę do osób panikujacych, jednak ostatnio zapalenie krtani u syna doprowadziło mnie niemal do zawału, kiedy przestawał oddychać, bo najzwyczajniej się dusił miałam wrażenie, że duszę się razem z nim. Bartek zadzwonił po pogotowie i usłyszał „pewnie panikujecie, lepiej podejdźcie z synem do poradni”! Wzięłam co było pod ręką i byliśmy 10 minut później na pogotowiu… Lekarka sama była przerażona opuchlizną krtani i nie chciała nas wypuścić, musieliśmy czekać, aż (po podaniu leków oczywiście) zejdzie opuchlizną … Nie życzę nikomu takich „przygód”, a strach o życie kochanej osoby jest chyba najgorszym że strachów!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dobrze, że szybko reagowaliście i całe szczęście skończyło się dobrze. 🙂 Tak jak piszesz – oby takich „przygód” jak naj mniej. :* Pozdrawiam serdecznie kochana :*

      Polubienie

  3. Boże dziewczyno….szczerze pare razy podchodziłem do czytania , ryczlam i rycze dalej, wlosy mi sie zjezyly i nadal mam dreszcze na plecach. Bogu dziekowac że tak sie to skończyło, nie moge sobie wyobrazić co wy jako rodzice przeszłoście.

    Polubienie

  4. Boże dziewczyno….szczerze pare razy podchodziłem do czytania , ryczlam i rycze dalej, wlosy mi sie zjezyly i nadal mam dreszcze na plecach. Bogu dziekowac że tak sie to skończyło, nie moge sobie wyobrazić co wy jako rodzice przeszłoście.

    Polubienie

    1. Skończyło się dobrze 🙂 Za moim uśmiechem dużo się jeszcze skrywa. Pozdrawiam Pani Izo 😘

      Polubienie

  5. Mialam ciarki jak to czytalam, naprawde straszne, dobrze, ze nic sie nie stalo, no i puenta taka pozytywna:)

    Polubienie

    1. Dziękuję za komentarz… już teraz jest dobrze, jednak co roku o tej porze mam lekkiego doła.

      Polubienie

  6. Mimo ze znalam ta historie, nie bylo latwo mi tego czytać.. W zeszlym roku moj tata byl zatruty tlenkiem, na szczescie w miare szybko byla reakcja i skoczylo sie na podaniu tlenu i obserwacji w szpitalu. Jego współlokatora przeszla to gorzej byla juz Utrata przytomnosci i na szczescie w pore byla reakcja osob trzecich .. tlenek uchodzil cala noc:( moglo sie zakończyć strasznie. nie ma zartow .. Trzeba byc ostroznym i zainwestowac w czujniki. Nie chce nawet sobie wyobrazac co przeszliscie, co czuliscie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Czasami ma się wrażenie, że niektóre problemy i sytuacje nas nie dotyczą, że to taka „abstrakcja”. Życie szybko koryguje błędne myślenie. Buziaki Asiu, dobrze, że tacie nic się ni stało :*

      Polubienie

  7. Już od pierwszych kilku zdań przeczuwałem co chcesz napisać. Nawet bałem się czytać dalej, bo jesteście taką wspaniałą rodziną. Mieliśmy w domu podobny przypadek, ale zakończył się na wesoło. Mama włączyła gaz w piekarniku, i ustawiła minimalny płomień. Podobno, gdy wychodziłem do szkoły powstał przeciąg, który zgasił płomień gazu. Wszyscy w domu ciurkaliśmy nosami, więc nikt nie poczuł ulatniającego się gazu, ale „na szczęście” ojciec postanowił zagotować wodę pstryknął zapalniczką i piec się rozłożył jak domek z kart, a ojciec został bez bielizny i ulubionego jedwabnego szlafroka. 😀 Oczywiście wyleciały wszystkie szyby w naszym mieszkaniu i u sąsiadów, ale nikomu nic się nie stało. To były lata 60′ ub.w., teraz mamy czujniki …

    Polubione przez 1 osoba

    1. Szkoda szlafroka 🙂 A tak na serio, dobrze, że na szybach się tylko skończyło. Teraz mamy czujniki… i przez to zapominamy, że one wszystkiego nie załatwią…

      Polubienie

  8. Przerażające – samo czytanie, a co dopiero przeżycie. Współczuję – choć dobrze, że wszystko dobrze się skończyło…

    Polubione przez 1 osoba

  9. Na pewno nie było Ci łatwo pisać tą historię, ale dziękuję, że się nią podzieliłaś. Daje do myślenia. To naprawdę przerażające, nawet jak się to czyta a co dopiero to przeżyć. Cieszę się, że tak dobrze się to skończyło wszystko.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mam nadzieję, że dzięki tej historii ktoś uniknie takich „przygód”. Dziękuję za miłe słowa i komentarz, pozdrawiam serdecznie 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close