WrocLOVE.

od-nadmiaru-wolnego-czasu

Weekendowa przygoda we Wrocławiu była szybka, wesoła i bolesna – bolą stopy od chodzenia i tańczenia, boli gardło od gadania, brzuch od śmiechu oraz wszystkie mięśnie po wizycie na siłowni. Czuję, że żyję.

Ubrałam się, wzięłam torbę, przyjechał syn mojego męża. Mieliśmy zapas czasu. Kiedy staliśmy zmarznięci na remontowanym peronie, pani z megafonu oznajmiła: „Pociąg ICC jadący z Przemyśla do Szczecina przez: Jarosław, Przeworsk, Rzeszów, Tarnów, Brzesko, Bochnia, Kraków Główny (w tym momencie rzuciłam stosownym słowem na „k” ) , Krzeszowice – opóźniony jest o 60 min”. Zaśmiałam się, bo w ciągu dnia nawet przez sekundę nie pomyślałam, że pociąg mógłby się spóźnić. Zapomniałam, że pociągi tak mają 🙂 Całe szczęście, że nie byłam tam sama. Pierwsza w nocy, jakieś -5C na dworze, a odczuwalne -25C. Wsiedliśmy w auto, pojechaliśmy na herbatę do Mc’Donalda. Wróciliśmy po 40 min i dzielnie czekaliśmy, bo martwiłam się, że pociąg przyjedzie szybciej niż zapowiadali. Tak też się stało. Przyjechał po 50 min. Kiedy było już widać światła lokomotywy, pani zaczęła przez swój megafon ponownie: „Pociąg ICC jadący z Przemyśla do Szczecina…. bla bla bla….wjeżdża na tor 2”. Szybka orientacja – a gdzie jest tor 2? Przecież tu wszystko jest rozkopane? Ten tor, na którym staliśmy wydawał się jedyny w tych ciemnościach. Jednak po chwili pociąg zaczął hamować i rzeczywiście stanął po drugiej stronie – no to bieg! Było do przebiegnięcia jakieś 150 – 200 m. Niby nie dużo, ale jednak po wertepach i dziurach, które przysypane były śniegiem. Pytanie – czy maszynista widział, że ktoś biegnie? Za chwilę z ciemności wyłoniło się 2-óch konduktorów, którzy machali rękami, żeby się pośpieszyć. Kiedy już wsiadłam stwierdziłam, że nie ma to jak spóźnić się na opóźniony pociąg i to stojąc na dworcu 🙂 Tylko ja tak potrafię. Ogarnęłam się i poszłam do ubikacji. W takich chwilach cieszę się, że ćwiczyłam kiedyś z Chodakowską i że w jednym z programów miała bardzo ważne ćwiczenie – takie krzesełko, à la na Małysza. Nogi mam dzięki temu wyćwiczone i nie muszę kombinować 😉 Pupa w górze, siusiam – coś szarpnęło pociągiem… Obsikałam sobie nogawkę. No stoję i nie dowierzam. Jak mam z obsikaną przy kostce nogawką iść z powrotem do ludzi? Patrzę – cywilizacja!!!! Elektryczna suszarka do rąk! Kiedy podniosłam do góry nogę i zaczęłam suszyć spodnie stwierdziłam, że to się nadaje do ukrytej kamery. Kiedy wróciłam na swoje miejsce bałam się, że zaraz spadnie na mnie walizka, albo przysiądzie się jakiś dziwak… Co by przygód nie było wystarczająco, ale całe szczęście nic się więcej nie działo. Zabrałam się za pisanie posta, który już znacie.

Po takiej wspaniale rozpoczętej podróży, najzwyczajniej w świecie o 5 rano poszłyśmy z Asią spać, obie padnięte. Ona czekaniem na mnie, ja czekaniem na pociąg.

Kiedy śpisz pierwszy raz bez dzieci, nie do końca zdajesz sobie sprawę, że ich nie ma. Po jakiś 3 godz. obudziłam się, ale, widząc że to nie był sen i jestem u Asi, a nie w domu, walnęłam się z powrotem na kolejne 2 godz. . Szaleństwo! Pięć godzin snu prawie jednym ciągiem. Prawie jak SPA!

Zaryzykowałam i wzięłam ze sobą tylko obiektyw stałoogniskowy 50 mm (obiektyw, który nie oddala i nie przybliża obrazu, trzeba się nieźle nachodzić jeśli chce się coś wykadrować). No i niestety w wielu momentach miałam problem. Było zdecydowanie za mało miejsca, bym mogła objąć taki kadr, jaki bym chciała. Zatrzymywałam się tyłkiem na ścianie i nic więcej nie dało się zrobić. Uwielbiam ten obiektyw – jest wspaniały do zdjęć portretowych, do zdjęć z bliska, do pejzaży również, ale nie nadaje się (dla mnie) do szybkiego reagowania. Trzeba się bowiem nagimnastykować, zanim się cyknie zdjęcie, a chwila i poza modela już dawno minęły. Nauczka na przyszłość – być przygotowanym, mieć cały sprzęt ze sobą 🙂

Nie chce Was zanudzać. Chcę tylko przedstawić parę miejsc, które możecie zwiedzić kiedy będziecie we Wrocławiu. Byłam tam kolejny raz, więc tych poprzednich miejsc nie będę opisywać, może kiedyś zwiedzę je jeszcze raz i wtedy opowiem.

W sobotę byłyśmy na Mostku Pokutnic. Wstęp 5 zł, a można sobie zobaczyć panoramę Wrocławia.

Następnie byłyśmy w kawiarni Lulu Cafe, gdzie jest najlepszy na świecie tort bezowy – mówi to osoba, która nie lubi bezy, więc jest coś na rzeczy 🙂

Postanowiłyśmy iść również na siłownię. Ja mam spore zakwasy, więc Dżoana pewno do tej chwili na mnie przeklina.

Wieczorem wybrałyśmy się potańczyć do klubu Grey. Szału na mnie nie zrobił, no ale w dzisiejszych czasach ciężko o miejsce, gdzie będzie i ładnie, i muzyka do potańczenia, i miejsce do pogadania, a do tego uśmiechnięci i weseli ludzie. Temat-rzeka. My bawiłyśmy się ze sobą, więc było fajnie.

W niedzielę pogoda dała się we znaki. Było szaro i ponuro, niskie ciśnienie… Ja w takich chwilach mówię, że widać chodzące powietrze. Chęci na spacer i łyżwy rozpłynęły się w otaczającej nas mgle. Zaczęłyśmy więc od Papugarni – miejsca, gdzie latają sobie ptaszki, można je karmić, głaskać i trzymać. Fajna sprawa, tym bardziej dla dzieci. Nie jest tanio – osoba dorosła 19 zł, ale polecam.

Obiad zjadłyśmy w Whiskey in The Jar. Wyśmienite burgery. Nie wiem, gdzie ja tego burgera zmieściłam, ale powiedziałam, że nie wyjdę dopóki nie wcisnę całego.

Potem pospacerowałyśmy chwilę po rynku.

Następnie poszłyśmy na koncert „Tribute to George Michael” do Starego Klasztoru. Klimatyczne miejsce. Nie jestem jakąś specjalną fanką George’a, ale ma on kilka fajnych utworów, więc urozmaiciłyśmy sobie wieczór. Wokalista Mateusz Kowalczyk dał radę. Potrafił zagadać, rozbawić, poderwać widzów do zabawy. Latały staniki – dosłownie 🙂 No i muszę Wam powiedzieć, że w tym roku nikt mnie nie wyprzedzi – słyszałam już pierwsze „Last Christmas”, 11 miesięcy przed Świętami 😀

Po koncercie został nam już tylko dworzec.  Pociąg spóźniony o 10 minut… Jakby inaczej.  Potem już nic się nie działo. Grzecznie usiadłam i przymknęłam oczy.

IMG_7698

Dawid wstał o 4.20. Położyłam się 10 minut wcześniej 🙂 Witaj rzeczywistości! Kocham swoje życie!

Nie siedź w domu. Zapytaj męża, kiedy ma wolny weekend – zostaw z nim dzieci. Da radę. Nie bój się i jedź. Masz do tego prawo. Mówi to matka po pierwszym wolnym od 5 lat weekendzie, zachodząca w głowę, dlaczego nie zrobiła tego wcześniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close