Fotografia – ucz się razem ze mną.

Jeszcze parę tygodni temu byłam totalnym laikiem w kwestii fotografii. Teraz brodzę w ciemnościach, ale widzę światełko w tunelu. Pilnie się uczę. Jak sięgam pamięcią wstecz, zawsze interesowała mnie ta dziedzina i sama się dziwię, dlaczego szybciej nie zajęłam się tym „na poważnie”.

Pierwszy aparat jaki miałam w ręce to radziecki aparat mojego taty – Smiena.

 

Miałam 10 lat i ciekawość tego jak powstaje zdjęcie, doprowadziło mnie do zapisania się w szkole na koło fotograficzne. Fantastyczna sprawa. Ciemnia, czerwony filtr, powiększalnik, wywoływacz, utrwalacz… ta radość kiedy widzisz na białym papierze pojawiające się kształty. Kiedy suszysz zdjęcie i w końcu oglądasz je w świetle dziennym! Jak o tym myślę, to tak jakbym cofała się do ery kamienia łupanego, technologia tak poszła do przodu. Kto nie próbował sam wywołać zdjęcia starą metodą – polecam 🙂

 

W latach 90’tych nastał czas kliszowych, plastikowych pstrykaczy. Jako, że wszytko co z zachodu było SUPER, w każdym domu chyba był ten badziew. Robił takie sobie zdjęcia. Często naświetlał klisze, zdjęcia były totalnie nijakie. Ale kto to się na tym znał. Człowiek cieszył się, że miał pamiątkę z wycieczki klasowej i oszczędzał kliszę jak mógł.

 

Kiedy po 2000 roku, gdy byłam w liceum, weszły pierwsze aparaty cyfrowe, ja postanowiłam kupić sobie „porządny aparat kliszowy” (czyt. pstrykacz z renomowanej firmy ). Kosztował wtedy sporo pieniędzy, które mogłam zainwestować zdecydowanie inaczej. Było, minęło. Kolega z klasy miał cyfrówkę. Mogłam porównać zdjęcia i zapragnęłam mieć takie cacko. Na spotkaniach, wyjazdach i wycieczkach byłam głównym fotografem.

 

 

W tamtym czasie powstało jeszcze inne urządzenie, które robiło zdjęcia – telefon komórkowy. Śmieszne, że wtedy nazywaliśmy to zdjęciami. Koło zdjęcia to nawet nie leżało. Teraz aparat w telefonie ma lepsze parametry niż cyfrówka z tamtych lat. Niesamowite jak wszystko poszło do przodu.

Zdjęcie z telefonu komórkowego

 

Na studiach kupiłam cyfrówkę, taką wypasioną… nagrywała nawet filmy. Szaleństwo. Wiedza stała w miejscu, więc wszystko robił automat i czasem zmieniało się na tryb nocny, czy zachód słońca. Ot, takie z kolei moje szaleństwo 😉

 

Pierwszą lustrzankę cyfrową Canona 400D, kupiłam razem z byłym mężem jako prezent przedślubny. Mieszkaliśmy w Irlandii. Mój ochoczy zapał zgasł, kiedy zaczęłam czytać instrukcję obsługi po angielsku. Fachowe słownictwo związane z opisem aparatu i jego funkcjami wręcz mnie zniechęciło. Pogrzebałam w aparacie trochę sama, coś tam próbowałam, a potem przyszła monotonia życia i był używany sporadycznie na wyjazdy zazwyczaj w trybie automatycznym. Były jednak momenty kiedy poświęcałam chwilę na samokształcenie.

 

I nastał rok 2012, wtedy to zaczęłam zastanawiać się ” Dokąd idę i gdzie chcę zajść? Stwierdziłam, że zacznę coś ogarniać. Zapiszę się na kurs i wtedy zobaczymy. Ech… Zamiast tego zobaczyłam wielki zakręt w swoim życiu – rozwód, chorobę, zwolnienie z pracy. Pierdu, pierdu… może kiedyś do tego wrócę. Po pół roku ogarnęłam się… Wzięłam aparat do ręki…

 

Zaczęłam spotykać się z Tomaszem, a nasz pierwszy wyjazd okazał się ostatnim – bez dzieci. Po raz drugi w ciągu kilku miesięcy życie obróciło się o 180%. Pierdu, pierdu…. może kiedyś do tego wrócę 😉 W czasie kiedy urodziłam pierwsze i trzecie dziecko, w kwestii fotografowania wiele się nie zmieniło. Czasem pstryknęłam coś fajniejszego. Trzeba jednak pamiętać, że miałam najlepszych modeli na świecie, dlatego zdjęcia były 1000 razy lepsze.

 

Z braku czasu i możliwości, większość zdjęć robiłam telefonem komórkowym, jak każdy normalny człowiek.

 

Przez ten czas mój Canon dostał solidnie po tyłku – kilka razy spadł, dwa razy zalany, przestał łapać ostrość… Po kosztownej naprawie, niestety zdjęcia nawet w automacie były kiepskie. Widząc moją frustrację, mój obecny mąż zrobił mi niespodziankę i rok temu dostałam nowego Canona 80D. Turbomaszyna, której na początku się okropnie bałam i kilka dni sobie grzecznie przeleżała w szafce. Może gdyby nie dzieci, szybciej bym to ogarnęła… ale jak nie dzieci to zawsze coś. Kto tak nie ma? Jest ktoś kto nigdy niczego nie przekładał na później? 🙂 Niech się zgłosi – dostanie ode mnie dyplom uznania 🙂 Na urodziny dostałam kolejny upominek, obiektyw 50 mm. W wakacje śmigałam na nowym sprzęcie.

 

Powoli zbliżał się koniec macierzyńskiego. No i pytanie sprzed kilku lat wróciło – co dalej? Postanowiłam zaryzykować. Łatwo nie było, ale ogarnęłam dzieci i poszłam na kurs podstawowy. Kasia wytłumaczyła mi to, co powinnam wiedzieć już wieki temu. Po dwóch dniach widać było znaczną różnicę w robionych zdjęciach.

 

Wiem, że szału nie ma, ale jestem na drodze do celu. Czytam nowe zagadnienia i staram się wcielać je w życie. Kiedy wyciągam aparat,  dzieci przede mną uciekają. 😉

Morał z tej opowiastki jest oto taki – najpierw wiedza, potem zabawki.

PS. Jeśli masz wiedzę, to i na najprostszym sprzęcie jesteś w stanie zrobić dobre zdjęcie. Nie czekajcie tyle lat co ja. Skorzystajcie z rady i uczcie się już dziś.

 

1 myśl w temacie “Fotografia – ucz się razem ze mną.

  1. Miło było patrzeć na zdjęcia stare i nowe a zdjęcia dzieciaczków są śliczne i ciekawe 😊

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close